Blog studentki weterynarii
RSS
wtorek, 29 marca 2011

Dawno nie pisałam, przez zawirowania życiowe. Generalnie jest ok, dziś oficjalnie zamknęłam poprzedni semestr, bo wreszcie zdałam farmację, z której to pisałam trzeci termin. Przedmiot nietrudny, nauki nie dużo, ale ciągle były ważniejsze sprawy do nauki. Teraz można się już skupić na następnych rzeczach.

Na przykład na zbliżającym się w przerażającym tempie kolosie z farmakologii. Chyba znów zawalę pierwszy termin - znów zaskoczenie, że tego jest aż tyle, że tak szybko, że czasu tak mało... Zaraz potem parazytologia, nicienie. I pewnie już aż do sesji co chwilę coś będzie. W tym semetrze wydaje mi się że najgorsza jest nadal farma.

Jest kilka nowych przedmiotów w tym mój ukochany - pszczoły. Zawsze się interesowałam pszczelarstwem i wreszcie się mogę trochę w tej dziedzinie dokształcić. Pszczoły są super. Nie mogę się doczekać zajęć w pasiece! Oczywiście boję się pszczół jak każdy człowiek z instynktem samozachowawczym na normalnym poziomie. Nie wiem skąd wezmę jasne spodnie, bo tylko takie podobno nie drażnią pszczół. Poza tym pszczoły nie lubią zapachu dezodorantu i potu. Uznałam, że chodzenie wśród atakujących pszczół jest takim stresem, że każdy będzie śmierdział albo jednym, albo drugim, nie ma innej opcji. Więc ja wolę być pożądlona i pachnieć dezodorantem, niż być pożądlona i pachnieć potem.

Kończę, bo muszę napisać protokół sekcji zwłok i uczyć się farmy. Jestem tak zdesperowana żeby tego uniknąć, że robię wszystko inne, na przykład piszę na blogu. A protokół na jutro musi być gotowy, a ja chcę się choć trochę przespać dziś w nocy.

niedziela, 06 lutego 2011

Piszę coś żeby nie zgnuśnieć zupełnie. A propos tego jak to lekarze nic nie tłumaczą pacjentom, a jak pacjent się sam nie doprosi to nic się nie dowie :)


Moja biedna mama jest w szpitalu po operacji, miała wycinane narządy rozrodcze wewnętrzne, bo wykryto w nich jakieś mięśniaki i cysty. No i przysłuchując się rozmowom lekarzy usłyszała że ma endometrium, więc przez trzy dni wkręcała sobie że to na pewno jakaś straszna odmiana raka ;) no brzmi rzeczywiście złowieszczo.

Ma też założony cewnik i od trzech dni wyobraża sobie, że ją wypiszą do domu z tym cewnikiem i będzie go sobie musiała sama zmieniać!

Są jakieś zalety posiadania córki na weterynarii, przynajmniej może dziś zaśnie spokojniejsza.

A ja mam 39*C, byłam w nocy w jakiejś całodobowej klinice która mi podobno przysługuje. Bez dowodu ubezpieczenia jednego z rodziców musiałam zapłacić 60 zł (bo taryfa nocna, dzienna jest 100 zł), bo legitymacja studencka im nie wystarcza za dowód że jestem ubezpieczona. A przecież nie podbijają legitymacji studentom którzy nie zapłacą ubezpieczenia, to jest obowiązkowe... nie rozumiem tego :/ no i już nie odzyskam tych 60 zł bo moja mama nie ma mi teraz jak wysłać tego dowodu żeby go donieść. Lekarz przy którym House to przemiły człowiek w trzy minuty mnie zbadał i uznał że to nie grypa tylko zapalenie gardła, więc się uspokoiłam tak czy siak.

18:16, ospenis
Link Komentarze (4) »
sobota, 22 stycznia 2011

Nie ogarnęłam się z farmą na czas, znów mi się tygodnie pomyliły, a jeszcze jadę na łikend do domu więc nie zdążę się na farmę nauczyć. A zaraz po farmie parazyty, które są super ale też się na nie nie nauczę, bo będę się uczyć na farmę, która jest ważniejsza. A że nie zdążę się jej nauczyć, to jej nie zdam, a mimo to muszę się uczyć jej a nie parazytów, które bym zdała gdybym nie musiała się skupić na farmie, bo jednak opłaca się bardziej skupić na farmie, żeby mieć potem mniej do nauki na poprawkę z niej, która pewnie będzie natychmiast. Uf.

Czuję się jakby już miał być koniec nauki, sesji i semestru, mój mózg odmówił współpracy, a tu jeszcze tyle tego jest. Podobno internetowe zaliczenie wirusów chcą zrobić w ten łikend, a mnie nie ma, w domu mam kiepski internet, a zresztą i tak to będzie wtedy jak będę jechać pociągiem. Mam nadzieję że tego nie przeforsują. Najlepiej byłoby się nie ruszać z Wawy w łikend, uczyć się farmy i nie ryzykować. Ale muszę jechać do domu. Jadę skoro świt, bo tak jest pociąg. Więc dziś się nie wyśpię. Sobotę w domu odeśpię. Zarwę na naukę - mam nadzieję - noc z soboty na niedzielę. W niedzielę wracam, znów niewyspana. W poniedziałek na ósmą muszę być na drugim końcu miasta, a potem zajęcia na uczelni.

Echhhhhh ja już chcę ferie, mój mózg mówi "dość". Życie osobiste ostatnio niełatwe, więc wszystko mnie dobija. Ponarzekałam, już mi trochę lepiej.

wtorek, 18 stycznia 2011

Kryzysu szczerze mówiąc ciąg dalszy. Niby mam trochę luzu od nauki bo część przedmiotów mam już pozaliczane, a następne kolokwia to farmakologia (masakra) i parazytologia (tasiemce super sprawa!) i mam do nich jeszcze trochę czasu. Choć oczywiście powinnam już sobie pomalutku powtarzać, ot dwie godziny dziennie na przykład. Wtedy miałabym wiedzę zdobytą bez nerwów i paniki i dobrze ugruntowaną. No ale zamiast tego - lenię się.

Kryzys dotyczy nie tylko sfery nadziei na przyszłość, ale także sfery finansowej między innymi. Więc znalazłam sobie pracę na łikendy. Taką że teoretycznie jak będę chciała to się z niej wykręcę. Nie zarobię dużo, raczej symbolicznie, ale ciężko liczyć na więcej jak się dysponuje tylko łikendami i to pewnie nie każdym. A i tak jak się zacznie ostra nauka w drugim semestrze to pewnie będę musiała zrezygnować...

Podobają mi się tasiemce na parazytologii, wreszcie jakieś porządne robaki. Wiecie że tasiemcem nieuzbrojonym specjalnie i w pełni świadomie zarażają się modele i modelki, żeby zmniejszyć łaknienie i utrzymać linię? Zazwyczaj jedynym nieprzyjemnym objawem jest u nich świąd odbytu, co pewnie jest lepsze od jakiejś bulimii czy anoreksji. Albo depresji i używek gdy wymagania zawodowe ich przerastają. Więc tasiemiec ich przyjacielem, nic zdrożnego w tym nie widzę. W przeciwieństwie do naszej Katedry Parazytologii - gdy przyszedł do nich model z prośbą o zarażenie go tasiemcem bo "słyszał że tu dobrze zarażają" odesłano go do Instytutu Psychiatrii i Neurologii na Sobieskiego, mówiąc że tam zarażają jeszcze lepiej ;)

czwartek, 06 stycznia 2011

Jakiś taki kryzys :( Jakieś takie poczucie bezsensu tych całych studiów. Nie wiem czemu, może po świętach mózg się broni przed powrotem do ciężkiej pracy.

Dziś umarł mój szczur, dosłownie mi na rękach, czułam każdy jego ostatni oddech, ostatnie uderzenia maleńkiego serduszka... Wyszedł do mnie ostatkiem sił z klatki, potem z koszyka, chciał się ogrzać o moje ciało, łapki miał już zimne i sine... Aż ciężko uwierzyć że tak maleńka istotka, o tak maleńkim mózgu potrafi tyle rozumieć i tak przywiązać się do człowieka. Bał się, bardzo źle się czuł i chciał się we mnie wtulić. Tak bardzo się cieszę, że mogłam przy nim być przez cały czas, a nie znaleźć go po prostu martwego w klatce.

Jutro zaliczenie ustne z Diagnostyki klinicznej, siłą rzeczy niebardzo idzie mi dziś nauka, więc może być różnie. Poza tym materiału jest ogrom, nie chodziłam na wykłady, więc dopiero teraz to odkryłam, jak jest już trochę za późno. Ale czytam sobie, tyle ile dam radę to zapamiętam. Np. że 95% koni wyścigowych ma wrzody żołądka, bo prowadzą stresujące życie.

środa, 22 grudnia 2010

Zdałam ustne z zapalenia, co sprawia, że mam zdane wszystko co było do tej pory do zdania. Połowa ludzi zdawała u pani doktor, a połowa u okrutnego doktora, o którym już na blogu pisałam. U pani doktor zdało jakieś 60% ludzi, a u doktora jedna osoba :] On ma tendencję do pytania w ten sposób, że zadaje jedno pytanie, np. "O czym może świadczyć przesunięcie w lewo oprócz zapalenia" albo "Wysięk a przesięk". Przeciętnie nauczony student zaczyna gadać, gadać, gadać, produkuje się, pan doktor słucha, milczy, jeszcze głowę trzyma w dłoniach, na studenta nie patrzy. W końcu student kończy wywód, zapada cisza. I tu pada pytanie doktora: "Co jeszcze?". Student panicznie usiłuje sobie przypomnieć co jeszcze było na ćwiczeniach czy wykładzie, mówi jeszcze przez chwilę. Pada pytanie, już nieco zmęczonym głosem: "Co jeszcze?". Student usiłuje powtórzyć jeszcze raz to samo innymi słowami, dodaje informacje dookoła tematu, wije się jak piskorz. Pytanie: "Co jeszcze?" pada tak długo aż zrozpaczony student przyzna, że nie wie co jeszcze. Wtedy okazuje się, że nie spełnił wysokich wymagań doktora i spotkają się na poprawce.

Pani doktor, jak śmieją się studenci, ma za to syndrom kilkuletniego dziecka - ciągle pyta "A dlaczego?". Owszem, nieraz wyłożony materiał mamy na zasadzie "Jest tak i tak", a na to by wytłumaczyć dlaczego dokładnie, często już nie ma czasu. A przecież wszystko robi się o wiele łatwiejsze do nauki, gdy wiemy dlaczego dokładnie coś się dzieje, skąd jest dany objaw. Wtedy mózg łatwiej to moim zdaniem zapamiętuje, bo dana patofizjologiczna historia układa się w spójną całość, a nie są to niepowiązane informacje. Nauki na tych studiach mamy tyle, że nie starcza już siły i czasu, żeby sobie podoszukiwać co ciekawsze informacje. Po prostu te niepowiązane informacje wkuwamy. Np. pani doktor zadawała pytanie o skrajną neutrofilię. W toku odpytywania dochodziło się do punktu, że występuje ona u suk z ropomaciczem. I to się z ćwiczeń pamiętało. Ale tu padało "A dlaczego?". Nikt nie wiedział dlaczego, bo na ćwiczeniach nam nie powiedziano, a nikt się tego nie doszukiwał. Nikt nie spełnił wymagań pani doktor jeśli chodzi o to pytanie.

Teraz przerwa świąteczna, a już 5.01 kolejne zaliczenie, z diagnostyki laboratoryjnej myko i bakteriologicznej, potem zaraz z diagnostyki klinicznej, potem zaraz szkiełka z patomorfologii... a co później to nawet nie pamiętam, wiem w każdym razie że okres świąteczno-noworoczny spędzę z martwicami i zwyrodnieniami ;)

czwartek, 16 grudnia 2010

Wieści z frontu ciąg dalszy. Okazało się że o dziwo parazytologię też zdałam. I mam lepszą ocenę niż dwójka ludzi koło mnie, którzy przez całe kolokwium ściągali i szeptali... dzięki temu że szeptali dość głośno udało mi się troszkę skorzystać na ich komunikacji. I gdzie tu sprawiedliwość?

Wieści z frontu patofizjo: doktor D., o którego okrucieństwach już wspominałam na blogu, jest chory, bo rzuca palenie. Jak wytłumaczyła nam profesor W., u palacza jest inna proporcja limfocytów T cytotoksycznych do pomocniczych niż u niepalącego, a kiedy się rzuca palenie wszystko ulega zaburzeniu i dlatego człowiek choruje. No więc doktor choruje, nie wiadomo czy będzie więc obecny na kolokwium z zapalenia.

W ogóle to przeglądałam wykłady z zapalenia z zeszłego roku i z naszego i okazuje się, że nasz rocznik, podobnie jak na farmie, ma sporo okrojony materiał. Ciekawe dlaczego? Z jednej strony to oczywiście dobrze, bo mniej do nauczenia, ale z drugiej jak materiał jest szczegółowo wytłumaczony to wszystko się układa w logiczną całość, jest bardziej zrozumiałe. A my się mamy nauczyć że "tak jest, pomijamy dlaczego". I ciężej taką zawieszoną w próżni informację zapamiętać.

Także do przerwy świątecznej muszę się uczyć już tylko tego zapalenia. A dopadł mnie leń i jakieś ogólne rozespanie, wczoraj zaspałam na ćwiczenia z patofizjo, więc musiałam odrobić na następnej grupie i przez to opuścić inne ćwiczenia. A dziś nie poszłam na wykład z patomorfologii, choć zawsze chodzę. Bo okrutnie mi się nie chciało. I żałuję bo podobno były super makabryczne zdjęcia z sekcji przez pół wykładu, a nie wolno było robić zdjęć na tej części wykładu, więc ich sobie nie zobaczę :(

wtorek, 14 grudnia 2010

Okazało się że zdałam farmę, co sprawiło że przez cały dzień czułam się tak:

http://www.youtube.com/watch?v=kIyaEfxoZcM&feature=related

Niestety triumfowanie nie może trwać zbyt długo, bo za tydzień ustne kolokwium z zapalenia (patofizjologia). Te wszystkie interleukiny, dopełniacz, co robi co i co się dzieje po kolei... brrr. Jak tu zapamiętać tak abstrakcyjne rzeczy? I czy to jest naprawdę potrzebne?

I jeszcze na pamiątkę sobie wkleję demotywator, który jest dla mnie wyjątkowo trafny:

http://demotywatory.pl/2393035/Studia

tylko że w mojej sytuacji zamiast "dobre oceny" należałoby wkleić "niewylecenie ze studiów". I się będzie zgadzać.

wtorek, 07 grudnia 2010

Jak słusznie zauważyła moja koleżanka J., na tych studiach nie ma górnej granicy niesprawiedliwości, jaka mogłaby spotkać studenta. Ona nie mogła dziś pisać kolokwium z patofizjo, bo nie była na jednych ćwiczeniach i ich nie odrobiła. Tzn. chodziła do pana doktora i prosiła o odpytkę, ale odsyłał ją twierdząc że nie ma czasu. Więc będzie musiała zdać u niego i te ćwiczenia i to kolokwium w późniejszym terminie.

A kolega się ostatnio spóźnił na ćwiczenia i pan doktor nie wpuścił go na salę. Kolega odczekał do końca zajęć i pan doktor łaskawie pozwolił mu uczestniczyć w ćwiczeniach z następną grupą. Dziś kolega zadowolony siadł do pisania kolokwium, a pan doktor ni stąd ni z owąd: a pan S. ma nieodrobione ćwiczenia, jest pan niedopuszczony do kolokwium. Kolega tłumaczy, że był z inną grupą i ma zaliczone. Doktor na to że nie ma zaliczone, bo on nie ma zanotowane żeby kolega odrabiał. Kolega z rozpaczą tłumaczy, że był na zajęciach, pokazuje zeszyt z tamtych zajęć, w którym mu cośtam doktor pisał i rysował, a ten nic... "Nie będę się z panem kłócił, proszę wyjść". Nie ma litości, student nie ma prawa się pomylić, prowadzący może, zawsze.

No a jeszcze w związku z patofizjo, ta informacja o tym by pewna osoba naskarżyła na powtarzające się z zeszłych lat pytania okazały się plotką. To znaczy wszystko wskazuje na to że była to plotka. Czego dowodem może być to że tym razem pytania też się powtórzyły ;)

No i teraz cytując Jarosława Kaczyńskiego stwierdzam, że czuję silny "absmak". Już na wieść o tym że ta osoba to zrobiła czułam znaczny absmak, a teraz gdy wiem że ktoś wymyślił taką plotkę i puścił ją wśród studentów czuję absmak jeszcze silniejszy, wręcz przerażający. Bo wtedy wróg był znany i można się było przed nim strzec, a teraz wrogiem jest/są tajemnicza/e jednostka/i, wypuszczające oczerniające innych plotki. Nigdy nie wiadomo  kiedy na ofiarę upatrzą sobie ciebie!

No a teraz mam dziś i jutro na nauczenie się parazytów. Żeby to jeszcze były jakieś porządne wielkie białe robale, których obrzydliwe zwyczaje łatwo zapadają w pamięć. Ale nie, póki co mam umieć wszystko o pasożytniczych pierwotniakach... mniej ciekawe. Muszę się jeszcze dzisiaj zmusić do tego.

sobota, 04 grudnia 2010

Ostatnio było fajnie na diagnostyce :) Mieliśmy konia, pięknego, wielkiego. Objawy - paniczny strach przy badaniu, totalnie nieadekwatny, musiał być naćpany ksylazyną przez całe zajęcia. Gwałtowne chudnięcie, choć je normalnie. Wszystko po kolei wykluczaliśmy, jak w Doktorze Housie :) super sprawa, szkoda że dalej nie wiadomo co mu jest, tzn. jeszcze jedna ciężka choroba wchodzi w grę, ale jeśli to ona to najwyraźniej ma niestandardowy przebieg bo pewne rzeczy się nie zgadzają.

Na angielskim w klinice na mojej grupie nie było ani jednego pacjenta, a na poprzedniej aż trzech i to w dodatku jacy fajni: bernardyn, kot norweski leśny i dog niemiecki! I gdzie tu sprawiedliwość! A intuicja mi mówiła: "Idź sobie na wcześniejszą grupę..."

Z farmy oczywiście jeszcze nie ma wyników, ale podobno 90% nie zdało. Część studentów jest w szoku, ja nie, bo widziałam wyniki z ostatnich lat i zwykle zdaje ok. 10-20% w pierwszym terminie ;) Zresztą prowadząca już nas uświadamiała, że tego pierwszego terminu prawie nikt nie zda, więc w sumie żadne zaskoczenie.

A z patofizjologii mamy tak, że od lat przewijają się mniej więcej te same pytania na kolokwiach. Pula pytań tak czy siak jest ogromna, więc materiału mnóstwo do nauczenia, ale zawsze to jakoś łatwiej jak się tą pulę pytań z zeszłych lat przejrzy, wiadomo na czym się bardziej skupić. No i część roku ma kolokwium jednego dnia, a część następnego dnia. Więc ci, którzy mają następnego dnia mają tę możliwość, że już wiedzą których pytań z puli nie będzie, bo już były zadane. No i jedna osoba poszła do prowadzącej ćwiczenia poskarżyć się, że to niesprawiedliwe, że ludzie którzy mają kolokwia dzień później mają łatwiej. Oczywiście została zapewniona, że "będzie z tym zrobiony porządek"... No to zobaczymy jaki to porządek będzie.

 
1 , 2